-Teraz to wy sobie ze mnie żartujecie- powiedział Archmedes uporzątkowując swoje książki- Przecież to niemożliwe.
-Wiemy co widzilieliśmy, jest jakies logiczne wytłumaczenie?- zapytał Tarzan.
Archimedes złapał się za podbródek zastanawiając się po czym odparł roztargniony.
-Co wy za jakieś hokus pokus sobie wymyśliliście?
-Tatku my to widzieliśmy.
-Pójdziemy jeszcze raz. Teraz.
-Jest już po zmroku.-odparł Archimedes.
-A mamy jakiś inny plan.
*****
W nocy było nieco chłodniej niż w dzień co Else nieco ucieszyło. Przez ścianki swojego namiotu doskonale słyszała śpiewy marynarzy, którzy zorganizowali sobie ognisko.
Elsa położyła się do łóżka na lewym boku. Prawe ucho zasłoniła sobie poduszką, tak że nie dochodziły do niej żadne dźwięki.
Prawie od razu zapadła w sen. Ostatnimi czasy uwielbiała spać z jednego powodu, nienawidziła rejsu a to była dla niej ucieczką.
W śnie zobaczyła twarz, twarz jej ojca, była młodsza i piękniejsza. I pociagnęła nosem jakby coś węszyła?!
-Tarzan- odparła twarz.
-O mój boże!- krzyknęła Elsa.
Zobaczyła postać człowieka, która uciekła przez wyjście z namiotu.
-Elso, wszystko okay?- zaraz do środka weszła Anna i Kristoff.
Oboje mieli na ramionach przewieszone strzelby, Elsa spojrzała na nich pytająco.
-Byliśmy na spacerze w dżungli- wytłumaczył Kristoff.
-Po zmroku?! Co ja mówiłam?!
-Och Elso, chcieliśmy się tylko... przejść- tu popatrzyła znacząco na Kristoffa.
Kristoff zachichotał bezgłośnie na co Anna dała mu kuksańca w bok.
-Ekhem, ekhem- odezwała się Elsa.- Kristoff jest cały w szmince.
-Co?- odezwał się Kristoff.-Anna!
-No co? Kobiety muszą o siebie dbać.
-Mieliście nie opuszczać obozowiska.
-Elsa nie zachowuj się jak nasza matka- mruknęła Anna.- Wiesz co pójdziemy już, bedziemy smażyć kiełbaski. Chodź z nami.
-Spać mi się chce- odparła Elsa nakrywając się poduszką.
-Powinnaś trochę korzystać z wyjazdu- odparł Kristoff i wyszli z namiotu.
Historia dwóch sióstr i brata
środa, 11 lutego 2015
poniedziałek, 9 lutego 2015
środa, 4 lutego 2015
2. Szpiegowanie
-Ej, Tarzan!- krzyczała Terk, siedząc na grzbiecie Tantora i biegnąc znowu pod domek.
-Myślałem że się obraziłaś.-powiedziała nagle Tarzan zeskakując z drzewa.
-Bo to prawda, tylko że...- zaczęła Terk.
-Statek!- dokończył szybko Tantor, zdyszany.- Statek, duży statek!
-Przecież odpłynął tydzień temu- powiedział Tarzan.
-Ten jest inny- odparła Terk.
Tarzan zmrużuł oczy i popatrzył prosto na nią, ona założyła łapy na piersiach.
-Czy ty właśnie próbujesz wywnioskować czy kłamie?- zapytała Terk.
-A kłamiesz?
-Nie! No weź to zobacz. To wszystko jest podejrzane.
-Co się dzieje?- zapytała Jane wychodząc z domku.
-Wyjaśnie ci po drodze- odparła Tarzan.
Zawisił na jednej z gałęzi i podał jej dłoń, chwyciła ją mocno. Łapiąc się gałęzi, wiszących bluszczy i jeszcze trzymając Jane, Tarzan przemieszczał się po dżungli.
Niby powiedział ,,wyjaśnie ci po drodze" ale raczej w takiej formie przemieszczania się, nie było czasu na rozmowy. W porę zatrzymali się i zchowali się w koronie drzewa obserwując plaże.
Pięc szalup było przycholowanych do brzegu, a niedaleko na morzu stal ogromny statek z białymi żaglami.
Przy szalupie stało mnóstwo marynarzy i dwie kobiety. Jedna miała błękitną, jedwabą suknię a na ramionach zarzucona hustę. Jej karnacjsa była dosłownie ,,mlecznobiała", wyglądała jak porcelanowa lalka. Usta miała podkreślone czerwoną szminką a jasne, blond włosy zawiązane w kitkę. Wyglądała zbyt perfekcyjnie, bił od niej spokój i elegancja. Obok niej stała dziewczyna, rude włosy spływały jej na odsłonięte plecy. Miala na sobie dziewczęcą sukienkę na szelkach z zieloną górą i zółtym, rozłożystym dołem w zielone wzory. Ta z kolei wierciła się, to poprawiala włosy, to wygładzała sukienkę. Jakby musiała zając czymś ręcę.
-Co to ma być?- zapytała Jane.
-Cicho- powiedział Tarzan nastawiając uszu.
-...tak, natychmiast rozbijcie namioty- mówiła kobieta o blond włosach.
-Tak jest wasza wysokość- odparł jeden z marynarzy.
Wszyscy założyli na plecy zwinięte namiotu i podażali plażą w kierunku małej polany bez drzew. Tylko jeden z meżczyzn na luzie wziął na ramię złożony namiot i szedł obok dwóch dziewczyn.
Zostało tylko kilka mężczyzn, którzy pojedyńczo wsiadli do szalup i powiosłowali w stronę statku. Zapewne po resztę załogi.
-Dlaczego Astoria nie płynęła z nami.- odparła jasnowłosa.- Teraz będzie musiała płynąć z szalupą pełną spoconych mężczyzn.
-Czekaj, czekaj- przerwał jej mężczyzna idący obok nich w blond włosach.-Sugerujesz że...
Rudowłosa dziewczyna parsknęła śmiechem i pozwolila się objąć mężczyźnie.
-Dlaczego patrzysz tak krzywo na załogę?- zapytała rudowłosa i zwróciła się do chłopaka.- Kristoff pamiętasz jak stary Carl w drugi dzień wypił dwie butelki rumu i wyskoczył za burtę.
-Prawdę mówiąc pamiętam to tak samo jak Carl- zaśmiał się Kristoff.
-Ty pijaku jeden- dziewczyna dała mu kuksańca w bok.-Elso a po za tym wiesz że Astoria chcę mieć na oku swoje bagaże.
Jane i Tarzan przeskoczyli na kolejne drzewo żeby nie stracić ich z oczu.
-...no tak i ja mam traktować załogę poważnie.- mówiła Elsa.- Anno masz mój wachlarz?
Anna rzuciła jej potrzebną rzecz.
-A podać to nie łaska?- mruknęła Elsa.
-Cały czas tylko marudzisz- odparła Anna.
-Nawet jak płyneliśmy do Szkocji to narzekała że jej zimno- dodał Kristoff i razem z Anną parsknęli śmiechem, najwidoczniej dla nich było to zabawne.
-Wcale nie- mruknęła Elsa zadzierając głowę do góry.-Po prostu było za wysokie ciśnienie.
-Ciśnienie, ciśnienie- mruknęła Anna.
Od tej trójki nie udało się usłyszeć nic przydatnego, więc przeskoczyli kilka drzew i słuchali teraz rozmowy grupy marynarzy.
-Ale wiesz jak to jest- mówił jeden.- W saniach weźmiesz szyny poluzujesz i już nie ruszysz ni w tą i na zad.
-No tak to jest, koń nie da rady ruszyć. Do tyłu czy do przodu, za nic się nie ruszy panie- powiedział jego kolega.
-No to ja mu mówie, dokręć te szyny bo to nic z tego, a on wziął jeszcze on zaczął pchać, a wiesz jak to jest. Lód, woda to pojechało wszystko, poślizg był i do urwiska. Ja mu mówie że po co sobie wymyślił jakiś handel lodem...
-O czym oni mówią?- zapytał Tarzan.
-To nieistotne skoro nic się nie dowiedzieliśmy- odparła Jane.
-Jak to nie?- zdziwił się Tarzan.- Mówiłaś kiedyś coś o lodzie, że to taka woda twarda jak kamień i jest tam gdzie jest zimno.
-I?
-Mówili coś o handlu lodem.
Jane zastanowiła się.
-Jest takie państwo nad Bałtykiem, od kilku lat wydobywa pokaźne ilości lodu. Zapomniałam nazwy.
-Are-nde...l- odparł Tarzan.
-Co?
-Arendele, no te państwo.
-Skąd ty to...
Tarzan wskazał na jednego z marynarzy niosącego namiot, na nim był naszyty zielono-fioletowy herb a pod spodem napisane było ,,k....e Arendele"
Część napisu była jednak zasłoniona.
-Co robimy?- zapytała Jane.
-Może trzeba z nimi pogadać, dowiedzieć się czegoś.
-Och, nie wiem. Ja i tatko przebywamy na tych terenach nielegalnie. No wiesz mieliśmy wrócić statkiem, oni mogą nas stąd zabrać. A po za tym to jest jakaś królewkska flota.
W tej chwili pod drzewem przeszli Anna, Kristoff i Elsa.
-Elso, nie krępuj się- mówiła Anna- Nie zamrozisz dżungli, napewno.
Mlecznobiała twarz Elsy przybrała czerwony kolor a z czoła lał jej się pot.
-Tylko mnie pilnuj, ok?- zapytała.
Złożyła parasolkę i wyrzuciła coś w górę. Białe płatki zaczęły spadać obok niej, najpierw Jane mysłała że to jakieś konfeti, dopóki najbliższe z nich drzewa nie pokryły się białą mgiełką, szronu.
Jane wydała z siebie zduszony krzyk gdy liscie wokół niej pokryły się szronem. Za każdym krokiem Elsy na wilgotnym piachu pojawiała się linia czegoś świecącego.
-No i od razu lepiej- pocieszyła ją Anna.
-Co to jest?- zapytał Tarzan wpatrując się w powoli topniejący szron.
-Co ty widziałeś?- zapytała Jane.
-Mech, tylko biały i już go nie ma- powiedział patrząc z zdziwieniem na Jane.
-Ja chyba śnie- odparła Jane opierając się o pień i głeboko oddychając.
-Patrz tam- powiedział na świecącą linię która pojawiała się za krokiem Elsy.
Złapał ją za ręke i zeskoczyli, zanim wyszli na plaże rozgnądneli.
Jane natychmiast przykucnęła przy tym czymś świecącym. Cieniutka linia iskrzacego lodu biegla od tego miejsca za zakręt, w którym zniknęła Elsa. W większości miejsc roztopił się, ale nie podlegalo to watpliwości że to lód, prawdziwy lód na równiku.
-Niemożliwe- odparła Jane.-Tarzan to jest lód. Pamiętasz co mówiłam ci o lodzie?
-Że występuje tylko w temperaturze poniżej zera.
-Tak! To nie możliwe żeby on tu był, po prostu nie możliwe.
-Może to jakieś czary?- podsunął Tarzan.
-Magia nie istnieje. To jest dla mnie zbyt dziwne.
*****
-Naprawdę, chciałabym zobaczyć takiego prawdziwego lwa!-zawoła z entuzjazmem Anna kręcąc się, wokół meżczyzn rozkładających namioty.
-Powiem pani że to ostatnia rzecz którą chce pani zobaczyć- powiedział jeden z nich.
-Jak Jammie. Ten z cyrku, pracował w tresurze i ten jego tygrys odgryzł mu nogę- dodał inny.
-Ten stary Jammie co w kuźni pracuje?- dopytywala się Anna.
-Nie, tamten to Jammie jego syn, a Jammie ojciec już jedną nogą w grobie.
Załoga polubiła Anne z jednego powodu, chodziła wokół nich i gadała jak najęta, słuchanie jej umilało im pracę.
-Aniu, możesz na chwilę?- krzyknęła Elsa wystawiajac głowę za wejścia namiotu.
-Panna mroźna wzywa- mruknęła do marynarzy.
Parsknęli krótkim śmiechem ale umilkli tylko gdy Elsa spojrzała na nich podejrzliwym tonem. Lepiej nie zadzierać z królową.
Anna podskokami wbiegła do namiotu. Całe wnętrze zajmowały, statywy, jakieś przybory do pomiaru.
Przy stoliku z próbówkami stała Elsa z Astorią.
Astoria liczyła sobie około 30 lat, byłaby ładna gdyby nie przetluszczone, brązowe loki, sterczące w wszystkie strony, sięgające do ramion. Oczy były, ładnego, zielonego koloru. Byłyby naprawdę śliczne gdyby nie otaczały ich wory pod oczami i nie były przekrwawione. Oprócz tego jej skóra z opalania przybrała lekko brązowy kolor. Prawdę mówiąc gdyby Astoria wzięła się za siebie, mogłaby podbić serce nie jednemu mężczyźnie. Miała na sobie poplamioną, różową sukienkę, która w ogóle do niej nie pasowała i biały fartuch. Na czole miała założone gogle.
Krążyły plotki że Astoria nie dbała o siebie z jednego powodu. Dawno temu jakiś mężczyzna złamał jej serce i nie chciała dać się drugi raz zranić, oddała się całkowicie pracy nad badaniami.
-Och witaj Anno!- zawołała wesoło Astoria.-Wydaję mi się że się juź dzisiaj z tobą witałam.
-No... trzy razy.
Astoria parsknęła krótkim smiechem:
-To zabawne jakich człowiek rzeczy nie pamięta, nie?- nie dała jednak czasu na odpowiedź i kontynuowała dalej.-Przejdźmy do rzeczy. Badania zajmą mi jakieś dwa tygodnie.
-Dwa tygodnie?- powtórzyla c niedowierzaniem Elsa.- Miał być góra tydzień.
-No niby tak... Ale trzeba wytworzyc dodatkowa porcje błękitu orynamoclego, to trochę potrwa.
-O mój boże- jęknęła Elsa.- Idę się przewietrzyć.
Ryszyła szybkim krokiem i zatrzymała się przed wyjściem.
-Poszłabym się przewietrzyć gdyby na zewnatrz nie bylo plus czterdzieści! Idę spać, dobranoc.
Anna i Astoria jakoś nie przejeły się fochem Elsy, od początku podróży miała zmienne humorki.
-Myślisz że jej przejdzie?- zapytała Anna.
-Chyba dopiero w Arendele, ale wszystkim się podoba, nie?
-I to strasznie. Astrorio chciałabym się przejść po dżungli, ale Elsa zakazała komu kolwiek oddalać się komu kolwiek po zmroku. Chyba nie wytrzymam do jutra.
-Myślałem że się obraziłaś.-powiedziała nagle Tarzan zeskakując z drzewa.
-Bo to prawda, tylko że...- zaczęła Terk.
-Statek!- dokończył szybko Tantor, zdyszany.- Statek, duży statek!
-Przecież odpłynął tydzień temu- powiedział Tarzan.
-Ten jest inny- odparła Terk.
Tarzan zmrużuł oczy i popatrzył prosto na nią, ona założyła łapy na piersiach.
-Czy ty właśnie próbujesz wywnioskować czy kłamie?- zapytała Terk.
-A kłamiesz?
-Nie! No weź to zobacz. To wszystko jest podejrzane.
-Co się dzieje?- zapytała Jane wychodząc z domku.
-Wyjaśnie ci po drodze- odparła Tarzan.
Zawisił na jednej z gałęzi i podał jej dłoń, chwyciła ją mocno. Łapiąc się gałęzi, wiszących bluszczy i jeszcze trzymając Jane, Tarzan przemieszczał się po dżungli.
Niby powiedział ,,wyjaśnie ci po drodze" ale raczej w takiej formie przemieszczania się, nie było czasu na rozmowy. W porę zatrzymali się i zchowali się w koronie drzewa obserwując plaże.
Pięc szalup było przycholowanych do brzegu, a niedaleko na morzu stal ogromny statek z białymi żaglami.
Przy szalupie stało mnóstwo marynarzy i dwie kobiety. Jedna miała błękitną, jedwabą suknię a na ramionach zarzucona hustę. Jej karnacjsa była dosłownie ,,mlecznobiała", wyglądała jak porcelanowa lalka. Usta miała podkreślone czerwoną szminką a jasne, blond włosy zawiązane w kitkę. Wyglądała zbyt perfekcyjnie, bił od niej spokój i elegancja. Obok niej stała dziewczyna, rude włosy spływały jej na odsłonięte plecy. Miala na sobie dziewczęcą sukienkę na szelkach z zieloną górą i zółtym, rozłożystym dołem w zielone wzory. Ta z kolei wierciła się, to poprawiala włosy, to wygładzała sukienkę. Jakby musiała zając czymś ręcę.
-Co to ma być?- zapytała Jane.
-Cicho- powiedział Tarzan nastawiając uszu.
-...tak, natychmiast rozbijcie namioty- mówiła kobieta o blond włosach.
-Tak jest wasza wysokość- odparł jeden z marynarzy.
Wszyscy założyli na plecy zwinięte namiotu i podażali plażą w kierunku małej polany bez drzew. Tylko jeden z meżczyzn na luzie wziął na ramię złożony namiot i szedł obok dwóch dziewczyn.
Zostało tylko kilka mężczyzn, którzy pojedyńczo wsiadli do szalup i powiosłowali w stronę statku. Zapewne po resztę załogi.
-Dlaczego Astoria nie płynęła z nami.- odparła jasnowłosa.- Teraz będzie musiała płynąć z szalupą pełną spoconych mężczyzn.
-Czekaj, czekaj- przerwał jej mężczyzna idący obok nich w blond włosach.-Sugerujesz że...
Rudowłosa dziewczyna parsknęła śmiechem i pozwolila się objąć mężczyźnie.
-Dlaczego patrzysz tak krzywo na załogę?- zapytała rudowłosa i zwróciła się do chłopaka.- Kristoff pamiętasz jak stary Carl w drugi dzień wypił dwie butelki rumu i wyskoczył za burtę.
-Prawdę mówiąc pamiętam to tak samo jak Carl- zaśmiał się Kristoff.
-Ty pijaku jeden- dziewczyna dała mu kuksańca w bok.-Elso a po za tym wiesz że Astoria chcę mieć na oku swoje bagaże.
Jane i Tarzan przeskoczyli na kolejne drzewo żeby nie stracić ich z oczu.
-...no tak i ja mam traktować załogę poważnie.- mówiła Elsa.- Anno masz mój wachlarz?
Anna rzuciła jej potrzebną rzecz.
-A podać to nie łaska?- mruknęła Elsa.
-Cały czas tylko marudzisz- odparła Anna.
-Nawet jak płyneliśmy do Szkocji to narzekała że jej zimno- dodał Kristoff i razem z Anną parsknęli śmiechem, najwidoczniej dla nich było to zabawne.
-Wcale nie- mruknęła Elsa zadzierając głowę do góry.-Po prostu było za wysokie ciśnienie.
-Ciśnienie, ciśnienie- mruknęła Anna.
Od tej trójki nie udało się usłyszeć nic przydatnego, więc przeskoczyli kilka drzew i słuchali teraz rozmowy grupy marynarzy.
-Ale wiesz jak to jest- mówił jeden.- W saniach weźmiesz szyny poluzujesz i już nie ruszysz ni w tą i na zad.
-No tak to jest, koń nie da rady ruszyć. Do tyłu czy do przodu, za nic się nie ruszy panie- powiedział jego kolega.
-No to ja mu mówie, dokręć te szyny bo to nic z tego, a on wziął jeszcze on zaczął pchać, a wiesz jak to jest. Lód, woda to pojechało wszystko, poślizg był i do urwiska. Ja mu mówie że po co sobie wymyślił jakiś handel lodem...
-O czym oni mówią?- zapytał Tarzan.
-To nieistotne skoro nic się nie dowiedzieliśmy- odparła Jane.
-Jak to nie?- zdziwił się Tarzan.- Mówiłaś kiedyś coś o lodzie, że to taka woda twarda jak kamień i jest tam gdzie jest zimno.
-I?
-Mówili coś o handlu lodem.
Jane zastanowiła się.
-Jest takie państwo nad Bałtykiem, od kilku lat wydobywa pokaźne ilości lodu. Zapomniałam nazwy.
-Are-nde...l- odparł Tarzan.
-Co?
-Arendele, no te państwo.
-Skąd ty to...
Tarzan wskazał na jednego z marynarzy niosącego namiot, na nim był naszyty zielono-fioletowy herb a pod spodem napisane było ,,k....e Arendele"
Część napisu była jednak zasłoniona.
-Co robimy?- zapytała Jane.
-Może trzeba z nimi pogadać, dowiedzieć się czegoś.
-Och, nie wiem. Ja i tatko przebywamy na tych terenach nielegalnie. No wiesz mieliśmy wrócić statkiem, oni mogą nas stąd zabrać. A po za tym to jest jakaś królewkska flota.
W tej chwili pod drzewem przeszli Anna, Kristoff i Elsa.
-Elso, nie krępuj się- mówiła Anna- Nie zamrozisz dżungli, napewno.
Mlecznobiała twarz Elsy przybrała czerwony kolor a z czoła lał jej się pot.
-Tylko mnie pilnuj, ok?- zapytała.
Złożyła parasolkę i wyrzuciła coś w górę. Białe płatki zaczęły spadać obok niej, najpierw Jane mysłała że to jakieś konfeti, dopóki najbliższe z nich drzewa nie pokryły się białą mgiełką, szronu.
Jane wydała z siebie zduszony krzyk gdy liscie wokół niej pokryły się szronem. Za każdym krokiem Elsy na wilgotnym piachu pojawiała się linia czegoś świecącego.
-No i od razu lepiej- pocieszyła ją Anna.
-Co to jest?- zapytał Tarzan wpatrując się w powoli topniejący szron.
-Co ty widziałeś?- zapytała Jane.
-Mech, tylko biały i już go nie ma- powiedział patrząc z zdziwieniem na Jane.
-Ja chyba śnie- odparła Jane opierając się o pień i głeboko oddychając.
-Patrz tam- powiedział na świecącą linię która pojawiała się za krokiem Elsy.
Złapał ją za ręke i zeskoczyli, zanim wyszli na plaże rozgnądneli.
Jane natychmiast przykucnęła przy tym czymś świecącym. Cieniutka linia iskrzacego lodu biegla od tego miejsca za zakręt, w którym zniknęła Elsa. W większości miejsc roztopił się, ale nie podlegalo to watpliwości że to lód, prawdziwy lód na równiku.
-Niemożliwe- odparła Jane.-Tarzan to jest lód. Pamiętasz co mówiłam ci o lodzie?
-Że występuje tylko w temperaturze poniżej zera.
-Tak! To nie możliwe żeby on tu był, po prostu nie możliwe.
-Może to jakieś czary?- podsunął Tarzan.
-Magia nie istnieje. To jest dla mnie zbyt dziwne.
*****
-Naprawdę, chciałabym zobaczyć takiego prawdziwego lwa!-zawoła z entuzjazmem Anna kręcąc się, wokół meżczyzn rozkładających namioty.
-Powiem pani że to ostatnia rzecz którą chce pani zobaczyć- powiedział jeden z nich.
-Jak Jammie. Ten z cyrku, pracował w tresurze i ten jego tygrys odgryzł mu nogę- dodał inny.
-Ten stary Jammie co w kuźni pracuje?- dopytywala się Anna.
-Nie, tamten to Jammie jego syn, a Jammie ojciec już jedną nogą w grobie.
Załoga polubiła Anne z jednego powodu, chodziła wokół nich i gadała jak najęta, słuchanie jej umilało im pracę.
-Aniu, możesz na chwilę?- krzyknęła Elsa wystawiajac głowę za wejścia namiotu.
-Panna mroźna wzywa- mruknęła do marynarzy.
Parsknęli krótkim śmiechem ale umilkli tylko gdy Elsa spojrzała na nich podejrzliwym tonem. Lepiej nie zadzierać z królową.
Anna podskokami wbiegła do namiotu. Całe wnętrze zajmowały, statywy, jakieś przybory do pomiaru.
Przy stoliku z próbówkami stała Elsa z Astorią.
Astoria liczyła sobie około 30 lat, byłaby ładna gdyby nie przetluszczone, brązowe loki, sterczące w wszystkie strony, sięgające do ramion. Oczy były, ładnego, zielonego koloru. Byłyby naprawdę śliczne gdyby nie otaczały ich wory pod oczami i nie były przekrwawione. Oprócz tego jej skóra z opalania przybrała lekko brązowy kolor. Prawdę mówiąc gdyby Astoria wzięła się za siebie, mogłaby podbić serce nie jednemu mężczyźnie. Miała na sobie poplamioną, różową sukienkę, która w ogóle do niej nie pasowała i biały fartuch. Na czole miała założone gogle.
Krążyły plotki że Astoria nie dbała o siebie z jednego powodu. Dawno temu jakiś mężczyzna złamał jej serce i nie chciała dać się drugi raz zranić, oddała się całkowicie pracy nad badaniami.
-Och witaj Anno!- zawołała wesoło Astoria.-Wydaję mi się że się juź dzisiaj z tobą witałam.
-No... trzy razy.
Astoria parsknęła krótkim smiechem:
-To zabawne jakich człowiek rzeczy nie pamięta, nie?- nie dała jednak czasu na odpowiedź i kontynuowała dalej.-Przejdźmy do rzeczy. Badania zajmą mi jakieś dwa tygodnie.
-Dwa tygodnie?- powtórzyla c niedowierzaniem Elsa.- Miał być góra tydzień.
-No niby tak... Ale trzeba wytworzyc dodatkowa porcje błękitu orynamoclego, to trochę potrwa.
-O mój boże- jęknęła Elsa.- Idę się przewietrzyć.
Ryszyła szybkim krokiem i zatrzymała się przed wyjściem.
-Poszłabym się przewietrzyć gdyby na zewnatrz nie bylo plus czterdzieści! Idę spać, dobranoc.
Anna i Astoria jakoś nie przejeły się fochem Elsy, od początku podróży miała zmienne humorki.
-Myślisz że jej przejdzie?- zapytała Anna.
-Chyba dopiero w Arendele, ale wszystkim się podoba, nie?
-I to strasznie. Astrorio chciałabym się przejść po dżungli, ale Elsa zakazała komu kolwiek oddalać się komu kolwiek po zmroku. Chyba nie wytrzymam do jutra.
poniedziałek, 2 lutego 2015
1. Poznajcie czarny kontynent!
-Jest cudownie- powiedziała Jane gdy ostatnia deska została przybita ma dach.
Przed nimi stał, mały drewniany domek, gałęzie drzew prawie w całości zakrywały jego dach.
Miał ładne okiennice z wymalowanymi niebieskimi kwiatkami, które zrobiła June. Przypominał w całości wiejską chaupkę, co stanowiło niesamowity kontrast z otaczającą go dżunglą.
Przed domkiem stał stolik nad którym zawieszony był baldachim z białego materiału. Domek składał się z trzech izb: salonu w którym były upchane prawie wszystke rzeczy przywiezione z Angli przez June i jego ojca-Achimedesa. Były tam wszystkie zastawy, książki, sztućce, globusy a nawet gramofon- wszystko czego nie można znaleść w dżungli. Drugie pomieszczenie bylo pokojem Alchimedesa w którym trzymał wszystkie swoje rzeczy, notatki i różne przybory do badań, nadal prowadził swoje badania.
Pokój June i Tarzana nie znajdowało się wiele rzeczy, szafa z wszystkimi ubraniami June i materiałami, łóżkiem, były tam półki ale nie tak zapełnione jak w salonie. Leżały na nich figurki i bardziej pojedyńcze rzeczy, które bardziej pełniły funkce dekoracyjną.
Tarzan zeskoczył z dachu i rzucił młotek na stół.
-No gratulacje dzieciaki- zawołał Archimedes- Tydzień roboty nie poszedł na marne. Trzeba coś przękosić.
Z całej trójki jadł najwięcej i pracował najmniej. Trudno się dziwić, bo liczące ponad pół wieku kości Archimedesa bardziej przeszkadzały w budowie niż pomagały. Mimo wilczego apetytu był strasznie kościsty, miał gęste siwe włosy, które niestety wyłysiały na czubku głowy. Pod wielkim nosem miał wąsy a na ustach zawsze ten dobroczyny uśmieszek. Miał na sobie białą koszulę, która powoli przybierała szarawy odcień i niebieskie rybaczki, na głowie miał jak zwykle kapelusz podróżnika.
-Dzisiaj znowu sześć kilogramów bananów- zawolał Archimedes z domku.
-Ja przyniosę- powiedział Tarzan wracając z pełnymi rękami owoców i kładąc je na stole.
Usiadł przy stole i znowu wstał, podszedł do krzesla obok i odsunął je aby Jane mogła usiąść.
Jane uśmiechnęla się na ten szarmański gest, Tarzan pewnie przeczytał jakąś książke o dobrym wychowaniu. Nigdy nie oczekiwała od niego zachowania angielskiego gentelmena, choćby po jego wyglądzie.
Gdyby założyć Tarzanowi czapeczkę w czerwone, żółte i zielone pasy wyglądałby jak napakowany słuchacz muzyki Reagge. Miał długie brązowe włosy, poplątane tak bardzo że przypominały dredy, miał ostre rysy i jasnoniebieskie, przenikliwe oczy. Był potężnie zbudowany, co nie było dziwne wiedząc że przez osiemnaście lat żył wychowywany przez goryli, nosił tylko skórzaną przepaskę na biodrach.
Jane natomiast była delikatnej urody, promieniowała od niej dziewczęcość i elegancja. Miała ciemnoblond włosy, które przeważnie nosiła związane w kitkę, niebieskie oczy otoczone wachalrzem ciemnych rzes. Miała na sobie błekitny podkoszulek i zielona hustę zawiązaną w pasie, siegającą poniżej kolan.
-Dziękuje- powiedziała Jane i usiadła na krzesło.
Tarzan i Archimedes zajęli swoje miejsca.
-O hej!- krzyknęła Terk zeskakując z drzewana stół.
Terk była jedną z goryli, z którą Tarzan przyjaźnił się od dziecka. Miała czarne furto sterczące w wszystkie strony, zaraz zza drzew wynurzył się ogromny słoń o imieniu Tantor.
-Troszkę zgłodniałam- odparla Terk obierajac banana z skórki i od razu zjadając.
Skórkę wyrzucila za siebie i spadła na głowę słonia.
-Fuj- odrzekł Tantor zdejmując trąbą śmieć z głowy.
-Nie masz w stadzie jedzenia?- zapytał z przekasem Tarzan.
-Nie- fuknęła Terk. - A po drugie trzeba je samemu znaleść, to męczące.
-Wkurzyła się i uciekła- wyjaśnił Tantor.
-Wcale nie uciekłam- warknęła Terk, jak na goryla była strasznie pyskata.
-Jak to uciekła? - zapytała Jane, coraz lepiej szło jej rozmawianie z zwierzętami.
-Wszyscy powtarzają mi że powinnam w końcu znaleść kogoś i założyć rodzine- mruknęła Terk.
Tarzan ryknął śmiechem.
-Coś nie tak?- warknęła Terk.
-Nie nic- powiedział Tarzan- Wyobraziłem sobie twoje dzieci.
-Oż ty!- krzyknęła Terk i rzuciła się na Tarzana.
Jak zwykle między nimi zaczęły się przepychanki. Terk zablokowała ręke Tarzana a on przerzucił ją przez ramię blokując jej łapy.
-Ej proszę nie przy stole- odezwał się Archimedes.-Poda mi ktoś nóż?
-Proszę tatku- powiedziała Jane.- Wiesz co, dobrze w końcu odsapnąć.
Tarzan znowu usiadł na swoje krzesło, a Terk lekko nachmurzana wspieła się na grzbiet Tantora.
-To my lecimy- odparła Terk i wystawiła przy okazji jęzor.
Słoń popędził razem z Terk między drzewami.
*****
-Elso w porządku?- zapytała Anna wchodząc do kajuty siostry.
-Nienawidze morza- fuknęła.-Niedobrze mi.
-Powinnaś wychodzić na pokład.- odparła Anna i usiadła na skraj łóżka.- Dopływamy a ty wyglądasz jak zombie.
-Ja chcę do domu- mruknęła Elsa zakrywając głowę poduszką.
-Wstawaj!- zawołała Anna wyciągając ją z łóżka.
Wzieła się do ręki szczotke i zaczęla rozczesywać włosy Elsy. Zaczesała je do tyłu w prostego kucyka i zaczęła się rozglądać za ubraniem.
Wzieła dla niej błękitną, jedwabną sukienkę na szelkach, prostą i ciagnącą się za kolano. Na ramiona zarzuciła białą chustę. W lecie Elsa preferowała tylko jedwabne stroje, zarazem chroniące przez słońcem i cienkie.
-Trochę się stresuje- odparła Elsa.
-Czym?
-No wiesz. Afryka, równik najcieplejsze miejsce swiata.
Elsa czuła się nieco niekomfortowo w tej sukni, momentalnie przypomniała sobie spotkanie z jednym z sułtanów. Towarzyszyło mu sześć żon, wszystkie ubrane w czarne szaty odsłaniąjące tylko oczy.
Elsa czuła się podobnie, mimo że twarz miała odsłoniętą a jej ubranie było w pastelowych kolorach.
Skóra całej załogi z słońca przybrała cimniejszy odcień, tylko ona nadal miała skórę koloru śniegu. Nawet Anna była trochę opalona, a na jej twarzy pojawiło się dwa razy więcej piegów. Po Elsie natomiast nie było widać ani śladu opalenizny, widziano ją tylko czasami na pokładzie owinięta w chusty i spacerującą z parasolką w ręku.
Anna natomiast okazała się duszą towarzyską, i jak mówiła pokochała morze. Poznała całą załogę a kapitan uczył ją sterować. Zachowywała się jak mała dziewczynka. Oprócz tego nosiła bardzo dziewczęce sukienki, tak że wyglądała o wiele młodziej.
Miała na sobie sukienkę, zieloną u góry na szelkach i z zółtym, rozłożystyn dołem w zielone wzory.
-Wszystko w porządku- odparła Anna rozburzając jej fryzurę i czesząc ją od nowa.- Nie zamrozisz Afryki.
Elsa zorientowała się że Anna zaplatała jej włosy dwa warkocze, ale za nim zdążyła coś powiedzieć tej fryzury nie było i jej siostra znowu związała jej włosy w kitkę.
-Nie będziemy tu dłużej niż tydzień- pocieszyła ją Anna.
Nie odpowiedziała, pozwolila się wyprowadzić z kajuty, przed wejściem na pokład rozłożyła parasolkę, chroniąc się przed słońcem.
Za każdym razem gdy wychodziła na pokład rozsiewała wokół siebie zimne powietrze, nie nawidziła ciepła.
-Opuścić kotwice! Przygotować szalupy!- krzyczał kapitan a załoga pośpiesznie uwijała się z rozkazami.
-Czy tu nie jest pięknie?- zapytała Anna ciągnąc ją w stronę dziobu.
Przed nimi rozciągało się pierwsze, niebieskie pasmo wody, potem pasmo piasku i na koniec wielkich, drzew o soczystozielonych liściach.
-Trochę- odparła Elsa, tak naprawdę las równikowy wywoływał u niej mdłości.
-Mówią że szalupy gotowe!- krzyknął Kristoff zapraszając ich ruchem ręki w stronę grupki marynarzy przy szalupach.
Elsa przełknęła głośno ślinę.
-No dobra- odparła.-Chodźmy, znaczy płyńmy.
*****
No dobra! Jest pierwszy rozdział ;p
Mam nadzieje że się podoba
Przed nimi stał, mały drewniany domek, gałęzie drzew prawie w całości zakrywały jego dach.
Miał ładne okiennice z wymalowanymi niebieskimi kwiatkami, które zrobiła June. Przypominał w całości wiejską chaupkę, co stanowiło niesamowity kontrast z otaczającą go dżunglą.
Przed domkiem stał stolik nad którym zawieszony był baldachim z białego materiału. Domek składał się z trzech izb: salonu w którym były upchane prawie wszystke rzeczy przywiezione z Angli przez June i jego ojca-Achimedesa. Były tam wszystkie zastawy, książki, sztućce, globusy a nawet gramofon- wszystko czego nie można znaleść w dżungli. Drugie pomieszczenie bylo pokojem Alchimedesa w którym trzymał wszystkie swoje rzeczy, notatki i różne przybory do badań, nadal prowadził swoje badania.
Pokój June i Tarzana nie znajdowało się wiele rzeczy, szafa z wszystkimi ubraniami June i materiałami, łóżkiem, były tam półki ale nie tak zapełnione jak w salonie. Leżały na nich figurki i bardziej pojedyńcze rzeczy, które bardziej pełniły funkce dekoracyjną.
Tarzan zeskoczył z dachu i rzucił młotek na stół.
-No gratulacje dzieciaki- zawołał Archimedes- Tydzień roboty nie poszedł na marne. Trzeba coś przękosić.
Z całej trójki jadł najwięcej i pracował najmniej. Trudno się dziwić, bo liczące ponad pół wieku kości Archimedesa bardziej przeszkadzały w budowie niż pomagały. Mimo wilczego apetytu był strasznie kościsty, miał gęste siwe włosy, które niestety wyłysiały na czubku głowy. Pod wielkim nosem miał wąsy a na ustach zawsze ten dobroczyny uśmieszek. Miał na sobie białą koszulę, która powoli przybierała szarawy odcień i niebieskie rybaczki, na głowie miał jak zwykle kapelusz podróżnika.
-Dzisiaj znowu sześć kilogramów bananów- zawolał Archimedes z domku.
-Ja przyniosę- powiedział Tarzan wracając z pełnymi rękami owoców i kładąc je na stole.
Usiadł przy stole i znowu wstał, podszedł do krzesla obok i odsunął je aby Jane mogła usiąść.
Jane uśmiechnęla się na ten szarmański gest, Tarzan pewnie przeczytał jakąś książke o dobrym wychowaniu. Nigdy nie oczekiwała od niego zachowania angielskiego gentelmena, choćby po jego wyglądzie.
Gdyby założyć Tarzanowi czapeczkę w czerwone, żółte i zielone pasy wyglądałby jak napakowany słuchacz muzyki Reagge. Miał długie brązowe włosy, poplątane tak bardzo że przypominały dredy, miał ostre rysy i jasnoniebieskie, przenikliwe oczy. Był potężnie zbudowany, co nie było dziwne wiedząc że przez osiemnaście lat żył wychowywany przez goryli, nosił tylko skórzaną przepaskę na biodrach.
Jane natomiast była delikatnej urody, promieniowała od niej dziewczęcość i elegancja. Miała ciemnoblond włosy, które przeważnie nosiła związane w kitkę, niebieskie oczy otoczone wachalrzem ciemnych rzes. Miała na sobie błekitny podkoszulek i zielona hustę zawiązaną w pasie, siegającą poniżej kolan.
-Dziękuje- powiedziała Jane i usiadła na krzesło.
Tarzan i Archimedes zajęli swoje miejsca.
-O hej!- krzyknęła Terk zeskakując z drzewana stół.
Terk była jedną z goryli, z którą Tarzan przyjaźnił się od dziecka. Miała czarne furto sterczące w wszystkie strony, zaraz zza drzew wynurzył się ogromny słoń o imieniu Tantor.
-Troszkę zgłodniałam- odparla Terk obierajac banana z skórki i od razu zjadając.
Skórkę wyrzucila za siebie i spadła na głowę słonia.
-Fuj- odrzekł Tantor zdejmując trąbą śmieć z głowy.
-Nie masz w stadzie jedzenia?- zapytał z przekasem Tarzan.
-Nie- fuknęła Terk. - A po drugie trzeba je samemu znaleść, to męczące.
-Wkurzyła się i uciekła- wyjaśnił Tantor.
-Wcale nie uciekłam- warknęła Terk, jak na goryla była strasznie pyskata.
-Jak to uciekła? - zapytała Jane, coraz lepiej szło jej rozmawianie z zwierzętami.
-Wszyscy powtarzają mi że powinnam w końcu znaleść kogoś i założyć rodzine- mruknęła Terk.
Tarzan ryknął śmiechem.
-Coś nie tak?- warknęła Terk.
-Nie nic- powiedział Tarzan- Wyobraziłem sobie twoje dzieci.
-Oż ty!- krzyknęła Terk i rzuciła się na Tarzana.
Jak zwykle między nimi zaczęły się przepychanki. Terk zablokowała ręke Tarzana a on przerzucił ją przez ramię blokując jej łapy.
-Ej proszę nie przy stole- odezwał się Archimedes.-Poda mi ktoś nóż?
-Proszę tatku- powiedziała Jane.- Wiesz co, dobrze w końcu odsapnąć.
Tarzan znowu usiadł na swoje krzesło, a Terk lekko nachmurzana wspieła się na grzbiet Tantora.
-To my lecimy- odparła Terk i wystawiła przy okazji jęzor.
Słoń popędził razem z Terk między drzewami.
*****
-Elso w porządku?- zapytała Anna wchodząc do kajuty siostry.
-Nienawidze morza- fuknęła.-Niedobrze mi.
-Powinnaś wychodzić na pokład.- odparła Anna i usiadła na skraj łóżka.- Dopływamy a ty wyglądasz jak zombie.
-Ja chcę do domu- mruknęła Elsa zakrywając głowę poduszką.
-Wstawaj!- zawołała Anna wyciągając ją z łóżka.
Wzieła się do ręki szczotke i zaczęla rozczesywać włosy Elsy. Zaczesała je do tyłu w prostego kucyka i zaczęła się rozglądać za ubraniem.
Wzieła dla niej błękitną, jedwabną sukienkę na szelkach, prostą i ciagnącą się za kolano. Na ramiona zarzuciła białą chustę. W lecie Elsa preferowała tylko jedwabne stroje, zarazem chroniące przez słońcem i cienkie.
-Trochę się stresuje- odparła Elsa.
-Czym?
-No wiesz. Afryka, równik najcieplejsze miejsce swiata.
Elsa czuła się nieco niekomfortowo w tej sukni, momentalnie przypomniała sobie spotkanie z jednym z sułtanów. Towarzyszyło mu sześć żon, wszystkie ubrane w czarne szaty odsłaniąjące tylko oczy.
Elsa czuła się podobnie, mimo że twarz miała odsłoniętą a jej ubranie było w pastelowych kolorach.
Skóra całej załogi z słońca przybrała cimniejszy odcień, tylko ona nadal miała skórę koloru śniegu. Nawet Anna była trochę opalona, a na jej twarzy pojawiło się dwa razy więcej piegów. Po Elsie natomiast nie było widać ani śladu opalenizny, widziano ją tylko czasami na pokładzie owinięta w chusty i spacerującą z parasolką w ręku.
Anna natomiast okazała się duszą towarzyską, i jak mówiła pokochała morze. Poznała całą załogę a kapitan uczył ją sterować. Zachowywała się jak mała dziewczynka. Oprócz tego nosiła bardzo dziewczęce sukienki, tak że wyglądała o wiele młodziej.
Miała na sobie sukienkę, zieloną u góry na szelkach i z zółtym, rozłożystyn dołem w zielone wzory.
-Wszystko w porządku- odparła Anna rozburzając jej fryzurę i czesząc ją od nowa.- Nie zamrozisz Afryki.
Elsa zorientowała się że Anna zaplatała jej włosy dwa warkocze, ale za nim zdążyła coś powiedzieć tej fryzury nie było i jej siostra znowu związała jej włosy w kitkę.
-Nie będziemy tu dłużej niż tydzień- pocieszyła ją Anna.
Nie odpowiedziała, pozwolila się wyprowadzić z kajuty, przed wejściem na pokład rozłożyła parasolkę, chroniąc się przed słońcem.
Za każdym razem gdy wychodziła na pokład rozsiewała wokół siebie zimne powietrze, nie nawidziła ciepła.
-Opuścić kotwice! Przygotować szalupy!- krzyczał kapitan a załoga pośpiesznie uwijała się z rozkazami.
-Czy tu nie jest pięknie?- zapytała Anna ciągnąc ją w stronę dziobu.
Przed nimi rozciągało się pierwsze, niebieskie pasmo wody, potem pasmo piasku i na koniec wielkich, drzew o soczystozielonych liściach.
-Trochę- odparła Elsa, tak naprawdę las równikowy wywoływał u niej mdłości.
-Mówią że szalupy gotowe!- krzyknął Kristoff zapraszając ich ruchem ręki w stronę grupki marynarzy przy szalupach.
Elsa przełknęła głośno ślinę.
-No dobra- odparła.-Chodźmy, znaczy płyńmy.
*****
No dobra! Jest pierwszy rozdział ;p
Mam nadzieje że się podoba
niedziela, 1 lutego 2015
Prolog
-Mogę popłynąć sama- powiedziała Anna stukając łyżką o skraj miski z owsianką.
-Nie zaczynaj- przerwała jej Elsa.
-No weź, zawsze chciałam zobaczyć Afrykę!- zawołała proszącym tonem.- Kto wie może na naszej koloni będzie co ciekawego. A zawsze nasz handel lodem może się skończyć, naprzykład ktoś wynajdzie maszynę do robienia zimna i kostek lodu...
-Maszynę do lodu?- wtrącił się Kristoff wychylając głowę znad szafki i patrząc na Else i Anne siedzące przy stole.- Niby jakim cudem ktoś ma wymyślić maszynę do lodu?
-Kristoff! Po czyjej stronie jesteś?- zapytała Anna zakładając ręcę na piersiach.
-Oczywiście Aniu że po twojej- mruknął dla świetęgo spokoju i ugryzł kawałek marchewki.
-No nie wiem...- powiedziała Elsa prostując się na krześle.-Albert zawsze może zająć się królestwem przez ten czas...
-Czyli płyniemy?!- zawołała z entuzjazmem Anna klaszcząc w dłonie.
-Tego nie powiedziałam- zaprotestowała Elsa.- Ale nie mówię że nie...
-To kiedy wyruszamy?
-Anno ja nawet nie powiedziałam że...
-No tak! Trzeba się pakować...
-Anno czy ty to robisz specjalnie?
-Tą zieloną sukienkę, tak jest śliczna. Hmm... myślisz że przydadzą mi się te nowe spinki?
sobota, 31 stycznia 2015
Wstęp
Hej! Ktoś zna teorie: Elsa, Anna i Tarzan to rodzeństwo?
Jak nie to krótko wyjaśnie
Rodzice Elsy i Anny nie zginęli w katastrofie morskiej, udało im się przeżyć i rozbili się na obrzeżach Afryki wychowując tam syna. Niedługo po tym zostali zabici przez dzikiego kota a ich synkiem zaopiekowała się gorylica- Kala i nazwała go Tarzan.
W tej teori wiele rzeczy się nie zgadza ale to jest fan fiction. Fiction- fikcja, nie wszystko musi być idealnie zgodne.
Kilka ważnych zmian:
1. Rodzice Anny i Elsy wyruszyli w podróż statkiem kiedy Anna miała 6 lat a Elsa 9 (a nie Anna 15 a Elsa 18)
2. Postanowiła że ich rodzice będą wyglądać jak w Tarzanie ich imiona to Gerard i Diana
Jak nie to krótko wyjaśnie
Rodzice Elsy i Anny nie zginęli w katastrofie morskiej, udało im się przeżyć i rozbili się na obrzeżach Afryki wychowując tam syna. Niedługo po tym zostali zabici przez dzikiego kota a ich synkiem zaopiekowała się gorylica- Kala i nazwała go Tarzan.
W tej teori wiele rzeczy się nie zgadza ale to jest fan fiction. Fiction- fikcja, nie wszystko musi być idealnie zgodne.
Kilka ważnych zmian:
1. Rodzice Anny i Elsy wyruszyli w podróż statkiem kiedy Anna miała 6 lat a Elsa 9 (a nie Anna 15 a Elsa 18)
2. Postanowiła że ich rodzice będą wyglądać jak w Tarzanie ich imiona to Gerard i Diana
3. Geard i Diana wyruszyli w podróż odwiedzając wszystkie kraje z którymi zawarły sojusz. Podczas podróży do ostatniego kraju: Indii ich statek rozbił się.
Zapraszam do czytania, Prolog za niedługo :P
Kontakt:
Skype: naomi12009
GG: 50805612
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

