-Jest cudownie- powiedziała Jane gdy ostatnia deska została przybita ma dach.
Przed nimi stał, mały drewniany domek, gałęzie drzew prawie w całości zakrywały jego dach.
Miał ładne okiennice z wymalowanymi niebieskimi kwiatkami, które zrobiła June. Przypominał w całości wiejską chaupkę, co stanowiło niesamowity kontrast z otaczającą go dżunglą.
Przed domkiem stał stolik nad którym zawieszony był baldachim z białego materiału. Domek składał się z trzech izb: salonu w którym były upchane prawie wszystke rzeczy przywiezione z Angli przez June i jego ojca-Achimedesa. Były tam wszystkie zastawy, książki, sztućce, globusy a nawet gramofon- wszystko czego nie można znaleść w dżungli. Drugie pomieszczenie bylo pokojem Alchimedesa w którym trzymał wszystkie swoje rzeczy, notatki i różne przybory do badań, nadal prowadził swoje badania.
Pokój June i Tarzana nie znajdowało się wiele rzeczy, szafa z wszystkimi ubraniami June i materiałami, łóżkiem, były tam półki ale nie tak zapełnione jak w salonie. Leżały na nich figurki i bardziej pojedyńcze rzeczy, które bardziej pełniły funkce dekoracyjną.
Tarzan zeskoczył z dachu i rzucił młotek na stół.
-No gratulacje dzieciaki- zawołał Archimedes- Tydzień roboty nie poszedł na marne. Trzeba coś przękosić.
Z całej trójki jadł najwięcej i pracował najmniej. Trudno się dziwić, bo liczące ponad pół wieku kości Archimedesa bardziej przeszkadzały w budowie niż pomagały. Mimo wilczego apetytu był strasznie kościsty, miał gęste siwe włosy, które niestety wyłysiały na czubku głowy. Pod wielkim nosem miał wąsy a na ustach zawsze ten dobroczyny uśmieszek. Miał na sobie białą koszulę, która powoli przybierała szarawy odcień i niebieskie rybaczki, na głowie miał jak zwykle kapelusz podróżnika.
-Dzisiaj znowu sześć kilogramów bananów- zawolał Archimedes z domku.
-Ja przyniosę- powiedział Tarzan wracając z pełnymi rękami owoców i kładąc je na stole.
Usiadł przy stole i znowu wstał, podszedł do krzesla obok i odsunął je aby Jane mogła usiąść.
Jane uśmiechnęla się na ten szarmański gest, Tarzan pewnie przeczytał jakąś książke o dobrym wychowaniu. Nigdy nie oczekiwała od niego zachowania angielskiego gentelmena, choćby po jego wyglądzie.
Gdyby założyć Tarzanowi czapeczkę w czerwone, żółte i zielone pasy wyglądałby jak napakowany słuchacz muzyki Reagge. Miał długie brązowe włosy, poplątane tak bardzo że przypominały dredy, miał ostre rysy i jasnoniebieskie, przenikliwe oczy. Był potężnie zbudowany, co nie było dziwne wiedząc że przez osiemnaście lat żył wychowywany przez goryli, nosił tylko skórzaną przepaskę na biodrach.
Jane natomiast była delikatnej urody, promieniowała od niej dziewczęcość i elegancja. Miała ciemnoblond włosy, które przeważnie nosiła związane w kitkę, niebieskie oczy otoczone wachalrzem ciemnych rzes. Miała na sobie błekitny podkoszulek i zielona hustę zawiązaną w pasie, siegającą poniżej kolan.
-Dziękuje- powiedziała Jane i usiadła na krzesło.
Tarzan i Archimedes zajęli swoje miejsca.
-O hej!- krzyknęła Terk zeskakując z drzewana stół.
Terk była jedną z goryli, z którą Tarzan przyjaźnił się od dziecka. Miała czarne furto sterczące w wszystkie strony, zaraz zza drzew wynurzył się ogromny słoń o imieniu Tantor.
-Troszkę zgłodniałam- odparla Terk obierajac banana z skórki i od razu zjadając.
Skórkę wyrzucila za siebie i spadła na głowę słonia.
-Fuj- odrzekł Tantor zdejmując trąbą śmieć z głowy.
-Nie masz w stadzie jedzenia?- zapytał z przekasem Tarzan.
-Nie- fuknęła Terk. - A po drugie trzeba je samemu znaleść, to męczące.
-Wkurzyła się i uciekła- wyjaśnił Tantor.
-Wcale nie uciekłam- warknęła Terk, jak na goryla była strasznie pyskata.
-Jak to uciekła? - zapytała Jane, coraz lepiej szło jej rozmawianie z zwierzętami.
-Wszyscy powtarzają mi że powinnam w końcu znaleść kogoś i założyć rodzine- mruknęła Terk.
Tarzan ryknął śmiechem.
-Coś nie tak?- warknęła Terk.
-Nie nic- powiedział Tarzan- Wyobraziłem sobie twoje dzieci.
-Oż ty!- krzyknęła Terk i rzuciła się na Tarzana.
Jak zwykle między nimi zaczęły się przepychanki. Terk zablokowała ręke Tarzana a on przerzucił ją przez ramię blokując jej łapy.
-Ej proszę nie przy stole- odezwał się Archimedes.-Poda mi ktoś nóż?
-Proszę tatku- powiedziała Jane.- Wiesz co, dobrze w końcu odsapnąć.
Tarzan znowu usiadł na swoje krzesło, a Terk lekko nachmurzana wspieła się na grzbiet Tantora.
-To my lecimy- odparła Terk i wystawiła przy okazji jęzor.
Słoń popędził razem z Terk między drzewami.
*****
-Elso w porządku?- zapytała Anna wchodząc do kajuty siostry.
-Nienawidze morza- fuknęła.-Niedobrze mi.
-Powinnaś wychodzić na pokład.- odparła Anna i usiadła na skraj łóżka.- Dopływamy a ty wyglądasz jak zombie.
-Ja chcę do domu- mruknęła Elsa zakrywając głowę poduszką.
-Wstawaj!- zawołała Anna wyciągając ją z łóżka.
Wzieła się do ręki szczotke i zaczęla rozczesywać włosy Elsy. Zaczesała je do tyłu w prostego kucyka i zaczęła się rozglądać za ubraniem.
Wzieła dla niej błękitną, jedwabną sukienkę na szelkach, prostą i ciagnącą się za kolano. Na ramiona zarzuciła białą chustę. W lecie Elsa preferowała tylko jedwabne stroje, zarazem chroniące przez słońcem i cienkie.
-Trochę się stresuje- odparła Elsa.
-Czym?
-No wiesz. Afryka, równik najcieplejsze miejsce swiata.
Elsa czuła się nieco niekomfortowo w tej sukni, momentalnie przypomniała sobie spotkanie z jednym z sułtanów. Towarzyszyło mu sześć żon, wszystkie ubrane w czarne szaty odsłaniąjące tylko oczy.
Elsa czuła się podobnie, mimo że twarz miała odsłoniętą a jej ubranie było w pastelowych kolorach.
Skóra całej załogi z słońca przybrała cimniejszy odcień, tylko ona nadal miała skórę koloru śniegu. Nawet Anna była trochę opalona, a na jej twarzy pojawiło się dwa razy więcej piegów. Po Elsie natomiast nie było widać ani śladu opalenizny, widziano ją tylko czasami na pokładzie owinięta w chusty i spacerującą z parasolką w ręku.
Anna natomiast okazała się duszą towarzyską, i jak mówiła pokochała morze. Poznała całą załogę a kapitan uczył ją sterować. Zachowywała się jak mała dziewczynka. Oprócz tego nosiła bardzo dziewczęce sukienki, tak że wyglądała o wiele młodziej.
Miała na sobie sukienkę, zieloną u góry na szelkach i z zółtym, rozłożystyn dołem w zielone wzory.
-Wszystko w porządku- odparła Anna rozburzając jej fryzurę i czesząc ją od nowa.- Nie zamrozisz Afryki.
Elsa zorientowała się że Anna zaplatała jej włosy dwa warkocze, ale za nim zdążyła coś powiedzieć tej fryzury nie było i jej siostra znowu związała jej włosy w kitkę.
-Nie będziemy tu dłużej niż tydzień- pocieszyła ją Anna.
Nie odpowiedziała, pozwolila się wyprowadzić z kajuty, przed wejściem na pokład rozłożyła parasolkę, chroniąc się przed słońcem.
Za każdym razem gdy wychodziła na pokład rozsiewała wokół siebie zimne powietrze, nie nawidziła ciepła.
-Opuścić kotwice! Przygotować szalupy!- krzyczał kapitan a załoga pośpiesznie uwijała się z rozkazami.
-Czy tu nie jest pięknie?- zapytała Anna ciągnąc ją w stronę dziobu.
Przed nimi rozciągało się pierwsze, niebieskie pasmo wody, potem pasmo piasku i na koniec wielkich, drzew o soczystozielonych liściach.
-Trochę- odparła Elsa, tak naprawdę las równikowy wywoływał u niej mdłości.
-Mówią że szalupy gotowe!- krzyknął Kristoff zapraszając ich ruchem ręki w stronę grupki marynarzy przy szalupach.
Elsa przełknęła głośno ślinę.
-No dobra- odparła.-Chodźmy, znaczy płyńmy.
*****
No dobra! Jest pierwszy rozdział ;p
Mam nadzieje że się podoba
Podoba :)
OdpowiedzUsuńRandom musi być! - Elsa nie znosi ciepła ^^
Szybki next! Szybki next! Szybki next! Szybki next! - kopiuj, wklej, kopiuj, wklej xd
Hah, biedna Elsa ;). Jestem ciekawa spotkania rodzeństwa :D, czekam na nexta (tak jak Wiktoria Kot xD).
OdpowiedzUsuń